Historia pewnej łyżki.

Historia o łyżce, tak naprawdę jest historią mojej drogi ku spełnionym marzeniom. Jak już mogliście zauważyć jestem kucharzem, który kocha swoją pracę i to bardzo. Gotuje praktycznie od zawsze i nie pamiętam nawet kiedy to się zaczęło. Prawdopodobnie w kołysce zamiast grzechotek miałam łyżki kuchenne hahaha :D. Gotowałam dla rodziny i znajomych, którzy zawsze lubili i chwalili moją kuchnię. Sama się szkoliłam i szukałam nowych przepisów i inspiracji. Moimi ulubionymi programami w telewizji, oczywiście były wszystkie programy dotyczące gotowania. Znowu ulubionymi sklepami były sklepy ze sprzętem kuchennym. Jednak moja droga zawodowa nie poszła w kierunku gotowania. Nie posłuchałam wtedy serca i zrezygnowałam zbyt łatwo jak teraz myślę z pasji swojego życia. Zbyt łatwo posłuchałam innych w sprawach, o których sama powinnam decydować. Oddałam swój los tylko dlatego, że uwierzyłam w strach kogoś i wzięłam go za swój. Bałam się, że sobie nie poradzę i nie będzie to dobry wybór dla mnie. Jak się teraz okazuje całkiem niesłusznie. Gdybym teraz miała podejmować jeszcze raz decyzję oczywiście była by inna. Teraz jednak jestem mądrzejsza o 20 lat życiowego doświadczenia oraz wzmocniona lekcjami rozwoju osobistego. Bardziej słucham serca niż rozumu. Prawdziwa pasja bowiem zawsze wygra. Uważam też że należy ryzykować żeby nigdy nie żałować, że się nie spróbowało. Dziś wiem, ale wtedy nie wiedziałam. Czy żałuję? Nie, ponieważ wtedy poszło by zbyt łatwo i może nie kochała bym swojej pracy, tak bardzo jak kocham teraz. Szczerze Wam powiem, że nawet śnię o gotowaniu :P. Ale nie zawsze było tak fajnie.

Trudne dobrego początki.

Kiedyś nie byłam tak pewna siebie jak jestem dziś i bardzo wątpiłam w swoje możliwości i nie dostrzegałam do końca jakiego talentu jestem w posiadaniu. Chociaż wszyscy zawsze chwalili moje umiejętności i zawsze smakowały wszystkim moje popisy kulinarne, ja w siebie nie wierzyłam. Tak na prawdę to był największy problem. Bo kiedy wierzysz w siebie masz cel to nie mam mowy żeby coś mogło być źle. Jednak czasem człowiek musi dostać ostro w kość, żeby się czegoś nauczyć i uwierzyć w siebie. Ja taką lekcje musiałam przejść. I powiem Wam, że było warto. Nie dość, że wiem co chce robić i kocham swoja pasję ponad wszystko. To nauczyłam się najważniejszej rzeczy w życiu WIARY W SIEBIE! Choć były i pot I łzy. Opowiem Wam pokrótce jak doszło do spełnienia moich marzeń i tego że wykonuje wymarzony zawód. Pomimo tego, jak już wcześniej wspominałam nie wybrałam jak swojego zawodu pierwszego, który pragnęłam wykonywać. Za to poszłam do szkoły o kierunku, który kompletnie mnie nie interesował, ba na tamte czasy mogę powiedzieć, że szczerze nie znosiłam tej szkoły. W ogóle tam nie pasowałam, począwszy od tego, że jestem humanistką a nie umysłem ścisłym. Ocen oczywiście nie miałam dobrych bo kompletnie miałam gdzieś tą szkołę. Jednak 5 lat technikum jakoś minęło. Szkoła się skończyła, maturę zdałam i nastał czas kolejnych wyborów życiowych. I jak by można się było tego spodziewać po nie udanej szkole naturalnym następstwem będzie wkroczenie wymarzonego zawodu. Ale nie… Poszłam na kierunek, który zresztą jest związany z moją inną pasją, no ale jednak nie jest tą pierwszą. Studia płynęły w miłej atmosferze, wszystko zdane w terminie, praca napisana i obroniona i co? I dalej to nie to. W między czasie zrobiłam jeszcze kurs pilota wycieczek, żeby mieć wyższe kwalifikację przy szukaniu pracy. Jednak znowu los spłatał mi figla. Nigdzie pracy znaleźć nie mogłam.

Co się odwlecze to nie uciecze.

Jednak los chciał mi pokazać, że nie tędy droga. Zaczęłam dorabiać sobie w cateringu i byłam szczęśliwa bo mogłam gotować :). Cały czas pogłębiałam wiedzę i uczyłam się nowych rzeczy. Jednak nie było mi dane zostać w Ojczyźnie i parę lat po skończonych studiach wyjechałam z mężem do Anglii. Na początku nawet nie marzyłam i nie śmiałam myśleć, że w obcym kraju bez języka będę mogła i spełnię swoje marzenia. Na początku wiadomo złapałam się pracy żeby tylko zarabiać pieniążki. Czyli po prostu zaczęłam sprzątać. Nie lubiłam tego zajęcia chociaż gospodynią jestem dobrą. Nadażyła się jednak okazja i uwierzyłam znowu, że mogę i potrafię to robić. I tak zaczęłam bawić się w catering. Zakochałam się jeszcze bardziej w gotowaniu oraz złapałam bakcyla odnośnie cukiernictwa. Zaczęłam inwestować w prywatne szkolenia. Pochłaniałam wiedzę i cieszyłam się, że mogę się uczyć. Moim marzeniem było jednak pracować w prawdziwej restauracji. Tym razem jednak nikogo nie posłuchałam, że ciężko, że nie dam rady. I słuchając w końcu samej siebie poszłam pracować jako chef. Szybko się okazało, że jestem całkiem niezła. I zostałam szefem kuchni wówczas pracując w Wietnamskiej restauracji. Zapoczątkowało to również początek mojej miłości do kuchni azjatyckiej. Nie napisze tu jednak że od tej pory było super i byłam szczęśliwa bo w końcu gotowałam. Tak na prawdę zostałam nieźle przekopana przez życie i znów zaczęłam wątpić w siebie i swoje zdolności. Znowu przestałam kontrolować sytuację i dałam sobie wmówić, że się nie nadaję. Choć bywało okropnie ciężko i nie raz chciałam zrezygnować. Nie poddałam się i parłam ostro ku marzeniom. Zmieniałam pracę bardzo często. Zawsze coś mi przeszkadzało. Przypadkiem trafiłam do miejsca, które pomogło mi rozwinąć skrzydła. Pracowałam w agencji gdzie w różnych miejscach rozwijałam swoje umiejętności . W jednym z takich miejsc szef kuchni Zbyszek podarował mi łyżkę. Powiedział, że widzi we mnie potęcjał i że jemu też kiedyś ktoś dał łyżkę, która się stała w jego przypadku symbolem wiary w sukces i podążaniu za pasją. Od tej pory i ja stałam się posiadaczką magicznej łyżki zresztą od tej pory zawsze ją mam ;). A ja dalej robiłam swoje, pokornie zdobywałam wiedzę i wykonywałam nie zawsze łatwą robotę. Ale było warto! Dziś pracuję już na stałe jako kucharz. Jednak nie znaczy to, że osiadłam na laurach. Wręcz przeciwnie dalej wdrażam w życie mój plan rozwoju i dalej spełniam swoje marzenia. Czasem cena jest duża… Pracuje po 67 godzin. Ale kocham to i nie zamieniłam bym tej pracy na żadną inną. Chociaż w planach mam iść uczyć się jako motywator to gotowanie zawsze będzie moim konikiem. Moi Kochani nie dajcie sobie nigdy wmówić, że do czegoś się nie nadajecie chociaż to kochacie. Chcieć to móc. Żeby nigdy nie żałować że się nie spróbowało. Jestem na to świetnym przykładem. :* Wasza Pani Warzywko :).

Inne moje wpisy znajdziecie tu i tutaj.

Udostępnij:

One thought on “Historia pewnej łyżki.”

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone *